
Czy pamiętacie swoje dziecięce marzenia? A gdyby jedno z nich, podjęte świadomie w wieku zaledwie 10 lat, stało się przepustką do świata największych scen operowych? Brzmi jak bajka, ale to prawdziwa historia Michała Znanieckiego, światowej sławy reżysera, który już jako dziecko wiedział, że jego miejsce jest za kulisami, a niekoniecznie na scenie. Jego droga nie była jednak usłana różami – od dorastania pod „drabiną strażaka” w Teatrze Kwadrat, przez nieudaną próbę zostania klaunem, po fascynację mandoliną zaszczepioną przez… nauczyciela matematyki.
To opowieść o niezwykłej determinacji, która kazała mu rzucić studia w Polsce, by zdobyć wymarzony fach we Włoszech, uczyć się od Umberto Eco i Giorgio Strehlera, a nawet użyć fortelu, by dostać się na egzaminy do prestiżowego Teatro Piccolo. Jak ta młodzieńcza odwaga i pasja przełożyły się na debiut w La Scali w wieku 24 lat i późniejszą karierę? I co ważniejsze dla nas, rodziców i pasjonatów edukacji – jak dziś wykorzystuje swoje doświadczenie, by zarażać miłością do muzyki i teatru kolejne pokolenia, pokazując, że aktywny udział w tworzeniu sztuki jest kluczem do jej zrozumienia?
Zapraszamy do inspirującej rozmowy Mateusza Stachury z Michałem Znanieckim – człowiekiem, który udowadnia, że z pasją i odwagą można sięgnąć gwiazd, a potem pomóc sięgnąć po nie innym.
Mateusz Stachura: Dziękuję, że zgodził się Pan na tę rozmowę. Chciałbym porozmawiać z Panem o czymś nieco innym – o dzieciństwie, pasji, o tym, skąd wzięło się u Pana zainteresowanie reżyserią i muzyką klasyczną.
Michał Znaniecki: Zacznijmy od bardzo ważnej kwestii – ludzie myślą, że dzieci artystów mają stały kontakt ze sztuką. Rzeczywistość jest inna. Ja nie miałem matki w domu, bo była na planie filmowym, na próbach albo na spektaklu. Nie miałem ojca, bo był w telewizji, na montażu albo jeździł z kamerą. Rodzicom, którzy uprawiają sztukę, trudno znaleźć czas dla dzieci – pracują praktycznie 20 godzin dziennie.
Jako dzieci artystów spotykaliśmy głównie ciekawych ludzi przed i po premierach, którzy mogli opowiadać nam o sztuce. Pamiętam, jak Jan Kobuszewski opowiadał o jakimś spektaklu, a ja wtedy powiedziałem: „to jest teatr”. To przeraziło wszystkich w domu, że połknąłem artystycznego bakcyla. Była panika, że nie zostanę inżynierem.
Mateusz Stachura: A zdarzało się, że rodzice zabierali Pana do teatru?
Michał Znaniecki: Wychowałem się pod drabiną strażaka w Teatrze Kwadrat. Na pewnym etapie życia, gdy miałem około 10 lat, zdecydowałem, że będę reżyserem. Wcześniej chciałem być klaunem i próbowałem dostać się do szkoły cyrkowej w Julinku, ale ponieważ miałem skoliozę, nie mogłem zostać akrobatą. Wtedy postanowiłem zostać reżyserem, choć był to zawód, przed którym rodzice mnie ostrzegali. Wiedzieli, jak jest trudny, ile kosztuje wysiłku, szczególnie psychicznego.
Jeśli chodzi o muzykę, moje pierwsze doświadczenia to był nauczyciel matematyki w szkole, który okazał się pasjonatem mandoliny. Zbudował zespół z dzieci 7-10 lat i zrobił z nami objazd po Polsce. Graliśmy koncertowo na mandolinach. To pokazuje, że dom niewiele może pomóc – trzeba spotkać odpowiednich ludzi w odpowiednim miejscu i czasie swojego dzieciństwa.
Po mandolinie przyszła kolej na gitarę, choć bez tak wielkich sukcesów. Mandolina została ze mną jako mój instrument i przez nią odbieram świat muzyki.

Mateusz Stachura: Jest to ciekawe, że już w wieku 10 lat wiedział Pan, że reżyseria to jest to.
Michał Znaniecki: To było dość bolesne, bo przestałem grać księcia w „Królewnie Śnieżce” i powiedziałem, że wolę ją wyreżyserować. Zazwyczaj dzieci występują po to, by się pokazać, zaistnieć. Jednak gdy ja występowałem, bolał mnie brzuch. Wygrywałem konkursy poezji, ale kosztowało mnie to tyle nerwów, że wiedziałem, iż bycie za kulisami będzie dla mnie zdrowsze. W tym wspierali mnie rodzice, że nie trzeba być widocznym, żeby być kreatywnym. I to mi zostało.
Mateusz Stachura: Wydaje się Pan być bardzo zdeterminowanym człowiekiem już od dzieciństwa.
Michał Znaniecki: To częściowo zasługa rodziców, a może jeszcze bardziej babć. Od dziecka wpajano mi, że w życiu trzeba nauczyć się wybierać. Kiedy potrafisz wybrać, jesteś w stanie coś rozwinąć, urosnąć, wzbogacić. Dotyczyło to nawet najmniejszych wyborów dnia codziennego – czy jeść spaghetti, czy ziemniaki.
Zawsze uczyłem się podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność, nawet bolesną. W wieku 7 lat jeździłem po mieście, wsiadałem w autobus i jechałem do pętli, żeby poznać miasto. Wiedziałem, że gdy wrócę spóźniony 4 czy 8 godzin do domu, poniosę konsekwencje. To mnie nauczyło wybierać i decydować – kim będę, co robię, zarówno na przyjęciach rodzinnych, jak i w życiu.
Mateusz Stachura: A jak to się stało, że zaczął Pan studia w Bolonii pod kierunkiem takich znakomitości jak Umberto Eco czy w Teatro Piccolo w Mediolanie z Giorgio Strehlerem?
Michał Znaniecki: Wiedziałem, że chcę jak najszybciej skończyć reżyserię. W tamtych czasach była ona kierunkiem podyplomowym. Do Leningradu nie mogłem pojechać, bo nie piłem alkoholu i miałem alergię, a tam relacje międzyludzkie zaczynały się właśnie od alkoholu. Niemieckiego nie znałem, więc niemieckie szkoły teatralne też odpadały. Zacząłem więc w warszawskim PWST, ale po roku stwierdziłem, że tracę czas. Czekanie czterech lat, zanim będę mógł zdawać na reżyserię, wydawało mi się stratą czasu.
Postanowiłem pojechać na najstarszy uniwersytet Europy, czyli do Bolonii. Stało się to dzięki spotkaniu z Andrzejem Wajdą, który akurat wtedy dostał tam doktorat honoris causa. Na uczelni był wydział DAMS (Discipline delle Arti, della Musica e dello Spettacolo) łączący teorię z praktyką. Na pierwszych zajęciach z semantyki okazało się, że moim wykładowcą jest Umberto Eco, autor „Imienia róży”, które właśnie stało się hitem. Byłem pierwszym w kolejce i usiadłem w pierwszej ławce. Podczas zajęć coś zaiskrzyło. Zostałem wybrany jego asystentem i miałem nawet propozycję stypendium na napisanie wspólnej książki naukowej.
Zrezygnowałem jednak, ponieważ dostałem się do Teatro Piccolo w Mediolanie na wymarzony kierunek reżyserii. Pojechałem tam początkowo tylko oglądać egzaminy wstępne. Widząc poziom, wstałem i zapytałem, czy mogę spróbować zdać. Powiedzieli, że nie, bo nie byłem zapisany, więc użyłem fortelu. Usiadłem na scenie i powiedziałem, że nie ruszę się, dopóki nie zrobią mi egzaminu. Zdałem.
Co ciekawe, Strehlerowy spektakl „Sługa dwóch panów” widziałem już jako 8-letnie dziecko, w 1977 roku, na jakimś festiwalu teatralnym. Pamiętam, że wtedy pomyślałem: „chcę robić taki teatr”. Podobnie było z La Scalą. Jako 15-latek pojechałem na wycieczkę szkolną i wszedłem do loży La Scali wbrew zakazowi, bo trwała próba. Przekonałem panią, by mnie wpuściła, mówiąc: „Ja tu wrócę. Muszę to ogarnąć”. Wtedy postanowiłem, jaki będzie kierunek – opera.

Mateusz Stachura: A propos La Scali, zadebiutował Pan tam jako reżyser w wieku 24 lat. Wymagało to ogromnej odwagi i determinacji.
Michał Znaniecki: To było czyste szczęście. Gdy reżyserowałem mój dyplom, tego samego dnia skasowano dyplom Wydziału Aktorskiego. Goście, którzy przyszli na tamten pokaz, postanowili obejrzeć także mój egzamin. Chcieliśmy go odwołać, bo był to ostatni spektakl dnia i prawie nikt nie przyszedł. Ostatecznie zagraliśmy dla trzech panów — jeden był dyrektorem La Scali, drugi moim przyszłym agentem, a trzeci dyrektorem Philadelphia Orchestra dziesięć lat później.
Od tego momentu zaczęła się moja przygoda z La Scalą. Pracowałem tam jako bileter, miałem dostęp do prób, do reżyserów, do największych artystów. Mój pierwszy dzień w La Scali to było wygwizdanie Pavarottiego, którego potem zbierałem do kupy w garderobie. Nie bałem się pytać artystów, dlaczego tam są, czym jest dla nich pasja, jak uprawiają sztukę.
Po dyplomie dostałem propozycję realizacji spektaklu w La Scali, bo widzieli, że potrafię robić dobre rzeczy bez pieniędzy, słucham muzyki i mam do niej podejście. Dali mi największych śpiewaków. To była rocznica Monteverdiego, więc wokół jego premiery miały być mniejsze spektakle wprowadzające. Stwierdzili, że mogą zaryzykować ze studentem.
Ale takie wczesne sukcesy mają swoją cenę. Bardzo szybko pojawił się kryzys. Przestałem być cudownym dzieckiem, a byłem postrzegany jako „za młody” reżyser. Postarzałem się więc sztucznie, posiwiałem włosy, zakładałem zerówki i okulary, żeby wyglądać poważniej. Pracowałem z ludźmi znacznie starszymi ode mnie, którzy wiedzieli więcej o operze. Nawet osoby z chóru patrzyły na mnie z rezerwą: „co ten chłopaczek tutaj chce?”.
Kolejnym wyzwaniem był fakt, że po pracy w największych teatrach, mniejsze placówki bały się mnie zatrudniać, myśląc, że jestem rozpuszczony dużymi budżetami. Na szczęście trafiłem kolejne wielkie produkcje w amfiteatrach we Włoszech, z milionowymi budżetami. Ja chciałem tam zrobić spektakle za 100 złotych, ale oni koniecznie musieli wydać miliony, bo taki mieli budżet. To były fascynujące, ale i ryzykowne doświadczenia.
Taka wewnętrzna determinacja była jednak bardzo mocna. Jeśli ktoś mówił mi, że nie mogę pracować w teatrze, to od razu płakałem. Z automatu. To chyba jedyna rzecz, którą autentycznie kocham. Mógłbym robić wszystko, ale tylko teatr i opera dają mi prawdziwą satysfakcję.

Mateusz Stachura: Chciałbym teraz przejść do pańskiej pracy z dziećmi. W 2009 roku założył Pan fundację zajmującą się edukacją muzyczną. Co Pana do tego zainspirowało?
Michał Znaniecki: To był czas, gdy wycofano naukę muzyki ze szkół, co uważam za ogromny błąd. Pomyślałem wtedy, co zrobić, by dzieci nadal miały kontakt z muzyką, i to nie tylko okazjonalny, jak podczas poranków muzycznych. Współczesne dzieci należą do nowych pokoleń — Y, X, Z. My, boomersi, słuchaliśmy ludzi i słów. Nowe generacje muszą wszystko przeżyć, mieć własne doświadczenia.
Moja fundacja powstała właśnie po to, by dzieci mogły nie tylko słuchać i oglądać, ale aktywnie uczestniczyć w procesie tworzenia. Najtrudniejsze w naszej pracy było to, że potrzebowaliśmy czasu, aby dzieci w różnym wieku mogły uczestniczyć w budowaniu opery. Na przykład siedmioletnie dzieci pracujące nad operą włoską, najpierw poznawały postaci i rysowały ich portrety. Potem spotykały śpiewaków, którzy mieli wykonywać te role. Następnie spotykały charakteryzatorów i kostiumografów i malowały portrety postaci w kostiumach.
W czasie spektaklu, gdy pojawiała się dana postać, dzieci wstawały ze swoimi pracami. Dzięki temu wchodziły w świat opery zupełnie inną drogą. Nie każdy może śpiewać, ale każdy może w jakiś sposób uczestniczyć w tworzeniu sztuki – malując, robiąc rekwizyty czy dekoracje.
Nigdy nie robiłem redukcji oper dla dzieci. Zawsze była to pełna opera, bez jakichkolwiek skrótów. Uczyłem dzieci innego postrzegania czasu, pokazując, że co 15 minut, bo tyle trwa koncentracja dziecka, musi pojawić się coś atrakcyjnego na scenie, inaczej dziecko pójdzie do toalety. Sam jak byłem nastolatkiem wychodziłem z opery po pierwszym akcie z nudów. Dlatego zostałem reżyserem operowym, żeby nikt się nie nudził.

Mateusz Stachura: Niedawno pracował Pan z młodymi uchodźcami z Ukrainy. Jak wygląda praca z dziećmi, które muszą przeleczyć traumę wojny?
Michał Znaniecki: To jest pewna forma terapii, choć sam nie jestem terapeutą. Uważam, że muzyka i teatr potrafią nazwać rzeczy, których w prawdziwym życiu boimy się nazwać. Taka jest właśnie funkcja sztuki — przepracowanie traumy, które u terapeuty trwałoby latami.
W naszej pracy z ukraińskimi dziećmi wykorzystywaliśmy na przykład „Zaporożca za Dunajem”, który opowiada o wygnaniu z własnego kraju podczas wojny. Historia opowiadana jest w innym kostiumie, przez inne postaci, ale treść jest bardzo podobna do ich doświadczeń. Dzieci opowiadały własne historie słowami autorów, nie swoimi. Nie płakały, nie rozumiały, że to jest o nich. Dopiero na premierze, widząc reakcję publiczności, zdawały sobie sprawę, że to ich dotyczy.
Projekt w Ossie, w którym uczestniczyło 800 ukraińskich dzieci-sierot, które straciły nie tylko rodziców, ale też swoje miejsce zamieszkania pokazał, jak sztuka może pomóc w radzeniu sobie z traumą. Dzieci, które nie mogły się między sobą porozumieć, bo każde mówiło innym dialektem ukraińskim, nagle mogły wspólnie śpiewać, tańczyć, robić akrobacje. Sztuka stała się płaszczyzną porozumienia.
To pokazało im, że bycie poza domem może być bezpieczne. Jeśli mogę się porozumieć z innymi przez taniec czy śpiew, to mogę też nawiązać kontakt z nowymi osobami, które spotykam w Polsce, Niemczech czy Norwegii.
Podobne doświadczenia mieliśmy w pracy z więźniami. Zrealizowaliśmy projekty na bardzo trudne tematy. Oni początkowo nie rozumieli, że to jest o nich, choć opowiadaliśmy historię żołnierza, który stracił duszę, serce, wartości i spotyka diabła. Dopiero na premierze rozumieli, że mówią o sobie- więzień, który spędził 15 lat w więzieniu zadaje sobie pytanie: „Czy mogę być jeszcze taki, jak przed spotkaniem z diabłem? Czy mogę wrócić do niewinności po tym, co przeżywam?” To były niesamowite doświadczenia.
Mateusz Stachura: Dużo mówiliśmy o edukacji muzycznej dzieci w Polsce. Czy dostrzega Pan różnice między edukacją muzyczną w Polsce a za granicą?
Michał Znaniecki: Różnica między szkołami europejskimi nie jest tak widoczna, ale między kulturami europejskimi – zdecydowanie tak. W Polsce brakuje tradycji spontanicznego śpiewania. Śpiewamy kolędy z trudem, często zażenowani. Może dziecko gra czasem na instrumencie, ale to zwykle jednorazowe wydarzenie w roku. Natomiast w Chorwacji ludzie spotykają się w grupach i po prostu śpiewają. To buduje tożsamość narodową i społeczne przyzwolenie na grupową kreatywność. Podobnie jest w Bułgarii, w Grecji dochodzi taniec a we Włoszech nawet gospodarz wiejski potrafi zaśpiewać arię operową.
Krajem, który naprawdę mnie zaskoczył inwestycją w edukację muzyczną dzieci, są Chiny. Zostałem tam zaproszony jako jeden z dziesięciu najbardziej kreatywnych ludzi Europy na trzymiesięczny pobyt, podczas którego codziennie odwiedzaliśmy inną szkołę muzyczną – od poziomu pięciolatków po studia. Tam zobaczyłem niesamowite inwestycje. Szkoła pierwszego stopnia ma 68 fortepianów Steinway w małych bunkrach pod ziemią, całkowicie odizolowanych. Dziecko wsiada do meleksa, wpisuje numer swojej sali i jest przewożone do swojego bunkra, gdzie ćwiczy na wysokiej klasy instrumencie.
Każda szkoła muzyczna w Chinach, czy to podstawowa czy średnia, ma dwie sale koncertowe na 4000 osób, a uczniowie występują tam codziennie. To czego brakuje u nas – konfrontacji z publicznością. W Polsce możemy przygotować się sami dla profesora, ale dopiero wyjście przed słuchaczy pokazuje prawdziwą wartość naszej pracy. W Chinach uczniowie mają tę szansę codziennie.
U nas brakuje sal, bijemy się o każde pomieszczenie z fortepianem. Szkoły muzyczne powstają, ale stają się coraz bardziej elitarne. Moja fundacja próbowała rozwiązać ten problem inaczej – angażując nauczycieli, którzy nie znają się na muzyce, ale potrafią aktywnie przygotować dzieci. Pracowaliśmy z nauczycielami geografii, matematyki, fizyki, którzy przygotowywali dzieci do „Rigoletta” czy „Cyrulika sewilskiego”. Dzięki temu w jednym mieście 2000 dzieci mogło zobaczyć spektakl i aktywnie w nim uczestniczyć.
We Włoszech robiliśmy podobne projekty nawet w halach sportowych dla 20 000 dzieci ze wszystkich szkół w regionie. Dzieci tego potrzebują, a my nie musimy mieć wysoko wykwalifikowanej kadry, żeby rozbudzić ich pasję. Ciągle słyszymy, że nie ma kto uczyć muzyki, ale mamy przecież wielu bezrobotnych muzyków czy emerytowanych artystów. Moglibyśmy stworzyć wyjątkowy system edukacji muzycznej w Europie, gdybyśmy tylko lepiej wykorzystali te zasoby.
Mateusz Stachura: Jakie ma Pan rady dla rodziców, którzy chcą uwrażliwić swoje dzieci na muzykę w dzisiejszym świecie przebodźcowanym technologią?
Michał Znaniecki: Trzeba zacząć od tego, co mamy a mamy telefony, do których dzieci są przywiązane. Zamiast zabierać telefon, wykorzystajmy go. Na początku naszych projektów z „Księgami czarodziejskich fletów” zaczynaliśmy od QR-kodów nie dlatego, że to był jakiś marketingowy pomysł, ale żeby dzieci nie wstydziły się używać telefonu. Chciałem, żeby mama mogła powiedzieć: „Tu się przyda ten telefon”, zamiast nakazywać jego odłożenie, co robią nauczyciele.
Można znaleźć aplikacje, które pokazują, jak dyrygować orkiestrą i jak jest zbudowana ( Orkiestrownik) . To zaledwie 5 minut dziennie, ale może zrobić różnicę. Znam dzieci, które zainteresowały się takimi aplikacjami – jedna dziś studiuje dyrygenturę, a drugi jest w Royal Ballet w Kopenhadze, bo korzystał z aplikacji pokazującej, jak się skacze na puentach.
Najważniejsze, by dziecko w czymś aktywnie uczestniczyło, a nie tylko oglądało czy słuchało. Samo opowiadanie: „to jest piękna muzyka” nie wystarczy. Dziecko musi doświadczyć, poczuć, dotknąć, spróbować. W ten sposób budujemy prawdziwą pasję i zamiłowanie do sztuki.
Mateusz Stachura: Dziękuję za te cenne wskazówki i inspirujący wywiad.
Michał Znaniecki: Dziękuję również.





